Szkoła i relaks, to brzmi niesamowicie.
A jednak dokładnie tak tam się czuję. Owszem niektóre egzaminy są bardziej stresujące, a inne mniej, ale i tak czuję się wśród członków klasy zajerąbiście :) Atmosfera to jest to, dzięki czemu akumulatorki doładowuję co jakiś czas na jakiś czas. Przyłapałam się na tym, że czekam na kolejne zjazdy :)
Dzisiaj los był wyjątkowo łaskawy. Bo i bioderka nie bolały, a nie pamiętam kiedy nie bolały (aż się sama zdziwiłam ), a dodatkowo matematyka świetnie mi poszła :) Pisemny egzamin napisałam, no tak na piątkę z minusikiem drobnym, a zaraz po nim zdawałam egzamin ustny z tego samego przedmiotu i tutaj w pełni zasłużona piątuchna :)
Jutro egzamin ustny z historii i... mam cholernie seksualne podejście jak na tę chwilę, ale muszę się zmusić do tego.
Lubię historię słuchać, a nie opowiadać, a tym bardziej odpowiadać :P
12 maj- urodziny mojego maleństwa :)
Moja córka - Karina dzisiaj po raz kolejny świętuje dzień swoich urodzin. Chciało by się zaśpiewać "kilkanaście lat minęło jak jeden dzień", bo dokładnie tak to czuję. "Wczoraj" robiła swoje pierwsze kroczki, a dzisiaj dumnie kroczy moja licealistka. Muszę przyznać, że Kari to naprawdę świetna córka. Wszyscy "życzliwi" mówili mi, gdy się urodziła, że za szybko, że mój błąd życiowy popełniam, a ja wiem jedno, że faktem jest, że na pewno za wcześnie, ale na pewno nie jest moim błędem. Czasami mam wrażenie, że nasze role się odwracają i, że to ona jest moją podporą. Niestety, chore bioderka do tej sytuacji przyczyniły się, że bez niej nie dałabym sobie rady w niektórych sytuacjach. Jestem jej ogromnie wdzięczna za bezwarunkową miłość i za to że po prostu zawsze jest. Pewnie nie raz była na mnie wściekła, ale i tak, tylko ona jest mi najbliższa na świecie.
Sto lat moja kochana córeczko!!!
Sto lat moja kochana córeczko!!!
Śniadanie u "Tiffany'ego"
Rano tabletka...
Tak, zamiast śniadania (np.u Tiffany'ego - marzenie... hi hi) muszę farmakologicznie zmobilizować ciało, by jakoś przetrwać kolejny dzień. Już nad ranem się męczyłam z bólem ale pomyślałam, że jak jeszcze trochę odpocznę, to może przejdzie. Bzdura! Przyczepił się ostatnio do mnie jak rzep psiego ogona i chyba nie zamierza odpuścić. Ale, byle do czerwca...
Już byłam u lekarza by wypisał mi skierowanie na potrzebne badania przed operacją. Trafiłamna świetnego lekarza pierwszego kontaktu (mojej pani doktor nie było) i wypisał mi wszystko o co poprosiłam. Nie żeby coś zbędnego by mi wypisał, ale po prostu nie zadawał zbędnych pytań typu: po co, na co i dlaczego :)
Tak, więc w tym tygodniu działam bo został praktycznie miesiąc do "sądnego" dnia.
Wczoraj odwiedziła mnie znajoma z którą mailowałam w cholerę czasu, a która ma również problemy biodrowe jak ja. Różni nas jedynie ilość operacji, bo ja jej do pięt w tym temacie nie dorastam. Przygodę zaczęła w swoim ojczystym kraju Rumunii, poprzez polskich "wyśmienitych" fachowców oraz specjalistów z Francji. a teraz chyba wyjdzie na to że zoperuje ją mój operator. Jeszcze nie wybrała tak do końca, bo wczoraj była u dr Mielnika, a dziś jedzie do Francji po opinię, ale bez względu na to co wybierze, życzę jej powodzenia.
Zaraz wybieram się zaczerpnąć sielskiego powietrza na urodzinach u siostrzenicy. Przy takiej pogodzie zapewne posiedzimy w ogródku. Ech, zapowiada się nieźle, a i fotki pewnie też jakieś cyknę.:)
Tak w formie dygresji, to miałam niedawno okazję widzieć film "Śniadanie u Tiffany'ego" i muszę przyznać że niesamowity film, a rola Audrey wspaniała. Ech, jak te kobietki potrafią manipulować mężczyznami, a w efekcie i tak okazują się być kruche jak chińska porcelana.
Ja to w zasadzie, trochę przez chorobę, trochę na własne życzenie, doprowadziłam do tego, że jestem uzależniona od innych. :( To moja słabość!
Tak, zamiast śniadania (np.u Tiffany'ego - marzenie... hi hi) muszę farmakologicznie zmobilizować ciało, by jakoś przetrwać kolejny dzień. Już nad ranem się męczyłam z bólem ale pomyślałam, że jak jeszcze trochę odpocznę, to może przejdzie. Bzdura! Przyczepił się ostatnio do mnie jak rzep psiego ogona i chyba nie zamierza odpuścić. Ale, byle do czerwca...
Już byłam u lekarza by wypisał mi skierowanie na potrzebne badania przed operacją. Trafiłamna świetnego lekarza pierwszego kontaktu (mojej pani doktor nie było) i wypisał mi wszystko o co poprosiłam. Nie żeby coś zbędnego by mi wypisał, ale po prostu nie zadawał zbędnych pytań typu: po co, na co i dlaczego :)
Tak, więc w tym tygodniu działam bo został praktycznie miesiąc do "sądnego" dnia.
Wczoraj odwiedziła mnie znajoma z którą mailowałam w cholerę czasu, a która ma również problemy biodrowe jak ja. Różni nas jedynie ilość operacji, bo ja jej do pięt w tym temacie nie dorastam. Przygodę zaczęła w swoim ojczystym kraju Rumunii, poprzez polskich "wyśmienitych" fachowców oraz specjalistów z Francji. a teraz chyba wyjdzie na to że zoperuje ją mój operator. Jeszcze nie wybrała tak do końca, bo wczoraj była u dr Mielnika, a dziś jedzie do Francji po opinię, ale bez względu na to co wybierze, życzę jej powodzenia.
Zaraz wybieram się zaczerpnąć sielskiego powietrza na urodzinach u siostrzenicy. Przy takiej pogodzie zapewne posiedzimy w ogródku. Ech, zapowiada się nieźle, a i fotki pewnie też jakieś cyknę.:)
Tak w formie dygresji, to miałam niedawno okazję widzieć film "Śniadanie u Tiffany'ego" i muszę przyznać że niesamowity film, a rola Audrey wspaniała. Ech, jak te kobietki potrafią manipulować mężczyznami, a w efekcie i tak okazują się być kruche jak chińska porcelana.
Ja to w zasadzie, trochę przez chorobę, trochę na własne życzenie, doprowadziłam do tego, że jestem uzależniona od innych. :( To moja słabość!
Wesele, hej wesele...
No to się działo!
Ile by tu opowiadać...
Wesele naprawdę wspaniałe, a rodzina od narzeczonego była dla mnie bardzo przyjazna.
Skupmy się jednak na tym, co dla mnie najważniejsze było, a mianowicie nad moja kondycją.
Pojechałam w trasę przygotowana przez Krzysia-rehabilitanta. Już całą drogę "męczyłam" piłeczki do tenisa, którymi się masowałam lub wkładałam wg jego wskazówek pod tyłek. Dodatkowo oklejona taśmami kinesio taping, dzięki czemu ten dzień okazał się "zjadliwy". Nie wyobrażam sobie tak długiej trasy bez w/w gadżetów, tym bardziej, że ta droga, to niekończące się korki i często jazda 20km/h, w wyniku czego około dwóch godzin niepotrzebnie straciliśmy :( Niestety kierowca jak się okazało nie wybrał najlepszej drogi, ale bez nawigacji lub chociażby mapy, nie za wiele szło zrobić. Dobrze, że choć szczęśliwie bez żadnych innych przygód dotarliśmy na miejsce. Domek niewielki, ale "ciepło",które w nim się znajdowało udzieliło się na pewno wszystkim.
Na weselu już mnie od początku nosiło, coś tam nóżkami przytupywałam, no i skończyło się na parkiecie :)
Był taki "szwagier" co mi posiedzieć nie dał, jak to stwierdził teraz szalej a później przecież będzie bolało. No i bolało, ale co przeżyłam to moje. Najbardziej odczułam bioderko w łóżku, ale tylko te przed operacją te po operacji (nie zapeszać!) sprawuje się idealnie.
Wczoraj byłam na rehabilitacji i Krzysiu mnie pochwalił, że widać iż pracowałam na sobą. Skupił się bardziej nad tułowiem, bo tam byłam spięta. Jako, że chodzę sztywno tą częścią, to dało się odczuć. Już dzień po weselu miałam tylko tam zakwasy i cieszę się że tylko tym się zakończyło wesele po takich szaleństwach. Ale cóż, raz się żyje, raz umiera :)
Ile by tu opowiadać...
Wesele naprawdę wspaniałe, a rodzina od narzeczonego była dla mnie bardzo przyjazna.
Skupmy się jednak na tym, co dla mnie najważniejsze było, a mianowicie nad moja kondycją.
Pojechałam w trasę przygotowana przez Krzysia-rehabilitanta. Już całą drogę "męczyłam" piłeczki do tenisa, którymi się masowałam lub wkładałam wg jego wskazówek pod tyłek. Dodatkowo oklejona taśmami kinesio taping, dzięki czemu ten dzień okazał się "zjadliwy". Nie wyobrażam sobie tak długiej trasy bez w/w gadżetów, tym bardziej, że ta droga, to niekończące się korki i często jazda 20km/h, w wyniku czego około dwóch godzin niepotrzebnie straciliśmy :( Niestety kierowca jak się okazało nie wybrał najlepszej drogi, ale bez nawigacji lub chociażby mapy, nie za wiele szło zrobić. Dobrze, że choć szczęśliwie bez żadnych innych przygód dotarliśmy na miejsce. Domek niewielki, ale "ciepło",które w nim się znajdowało udzieliło się na pewno wszystkim.
Na weselu już mnie od początku nosiło, coś tam nóżkami przytupywałam, no i skończyło się na parkiecie :)
Był taki "szwagier" co mi posiedzieć nie dał, jak to stwierdził teraz szalej a później przecież będzie bolało. No i bolało, ale co przeżyłam to moje. Najbardziej odczułam bioderko w łóżku, ale tylko te przed operacją te po operacji (nie zapeszać!) sprawuje się idealnie.
Wczoraj byłam na rehabilitacji i Krzysiu mnie pochwalił, że widać iż pracowałam na sobą. Skupił się bardziej nad tułowiem, bo tam byłam spięta. Jako, że chodzę sztywno tą częścią, to dało się odczuć. Już dzień po weselu miałam tylko tam zakwasy i cieszę się że tylko tym się zakończyło wesele po takich szaleństwach. Ale cóż, raz się żyje, raz umiera :)
Chotyłów koło Białej Podlaskiej to przepiękne tereny. Często miałam wrażenie, że się tam czas zatrzymał. A do tego te prześliczne bociany, ikony naszego kraju, które z ogromną gracją wzbijały się nad nami. Jeszcze nie widziałam tylu bocianów jednego dnia.
Refleksja na świąteczną nutkę
Święta... Czy ja w ogóle je lubię?
Za co mam dziękować Bogu?
Za chamstwo ludzi w tym całym harmiderze przedświątecznym?
Albo za to że boli...
A boli często, coraz bardziej.
Jednak ja chyba już się przyzwyczaiłam do takiego zachowania ludzi i całej tej sytuacji, która mnie otacza w chorobie. Brak empatii ze strony mojego narzeczonego mnie dobija czasem, ale chyba i do tego się zaczynam przyzwyczajać.
Rehabilitacja stanęła w martwym punkcie. Zamiast skupiać się na przywróceniu funkcji, to cały czas Krzysiek "ściąga" mi z prawej ból. Efekty niestety dość szybko się cofają i dlatego ja sama muszę też w domu dość sporo nad mięśniami pracować. W efekcie mam przez siebie bardzo dużo siniaków, bo ja w przeciwieństwie do Krzysia, jestem dla siebie bezlitosna :) Ostatnio zerwałam sobie 19-letni zrost pooperacyjny i... gigantyczny krwiak pojawił się w zastępstwie :) Krzysiu skwitował to: "przesadziłaś" :)
Wkrótce jadę na wesele, jako gość oczywiście. Od wielu, wielu dni poszukiwałam kreacji dla siebie. Nie było to takie łatwe niestety, bo w moim rozmiarze są z reguły koszmarne ciuchy. Zakupy, zwieńczone pełnym sukcesem, zostawiły mega opuchliznę na prawej nodze. I znów dostałam zjebkę od mojego rehabilitanta oraz wskazówkę że na drugi raz mam chodzić max 45min potem 15 min odpoczynek. Tylko jak to w życie wprowadzić? Jakoś nie wyobrażam sobie tego ...
Za co mam dziękować Bogu?
Za chamstwo ludzi w tym całym harmiderze przedświątecznym?
Albo za to że boli...
A boli często, coraz bardziej.
Jednak ja chyba już się przyzwyczaiłam do takiego zachowania ludzi i całej tej sytuacji, która mnie otacza w chorobie. Brak empatii ze strony mojego narzeczonego mnie dobija czasem, ale chyba i do tego się zaczynam przyzwyczajać.
Rehabilitacja stanęła w martwym punkcie. Zamiast skupiać się na przywróceniu funkcji, to cały czas Krzysiek "ściąga" mi z prawej ból. Efekty niestety dość szybko się cofają i dlatego ja sama muszę też w domu dość sporo nad mięśniami pracować. W efekcie mam przez siebie bardzo dużo siniaków, bo ja w przeciwieństwie do Krzysia, jestem dla siebie bezlitosna :) Ostatnio zerwałam sobie 19-letni zrost pooperacyjny i... gigantyczny krwiak pojawił się w zastępstwie :) Krzysiu skwitował to: "przesadziłaś" :)
Wkrótce jadę na wesele, jako gość oczywiście. Od wielu, wielu dni poszukiwałam kreacji dla siebie. Nie było to takie łatwe niestety, bo w moim rozmiarze są z reguły koszmarne ciuchy. Zakupy, zwieńczone pełnym sukcesem, zostawiły mega opuchliznę na prawej nodze. I znów dostałam zjebkę od mojego rehabilitanta oraz wskazówkę że na drugi raz mam chodzić max 45min potem 15 min odpoczynek. Tylko jak to w życie wprowadzić? Jakoś nie wyobrażam sobie tego ...
Szkoła...
Ech, czuję się w niej lepiej jak za młodych lat. Czuję się dostrzegana, mam coś do powiedzenia, po prostu inne podejście nauczycieli powoduje, że chętnie do niej chodzę. Pomimo końcowych egzaminów, które są bardzo stresujące co semestr, to jednak coś mnie tam ciągnie. Może to fantastyczna atmosfera, którą sami tworzymy przecież, a może odskocznia od dorosłości, ale nie żałuję że poszłam kontynuować naukę.
Teraz kończę IV semestr, jeszcze dwa przede mną i matura. Kurcze, nie tak dawno drżałam o to, czy dam radę zdać pierwsze egzaminy, a już za pół roku muszę podejmować ważne decyzje w sprawie matury...
Kolejny weekend w szkole, łącznie 20 godzin i wcale nie uważam tego czasu za zmarnowanego, za odbębnionego. Przecież polski z panią Mirelką jest "poezją" samą w sobie, choć dziś nas zaskoczyła bo szybki test z pozytywizmu niektórych powalił na łopatki hi hi, Matematyka brrr.... Dzisiaj były ciągi. Łatwy temat, wręcz banalny, tylko komu to do szczęścia (czyt. życia) potrzebne, to nie mam pojęcia. Biologia okazała (bo mamy od tego semestru dopiero) się równie ciekawym przedmiotem, bo profesorka ma ogromną wiedzę, którą chce i umie przekazać. Dzisiaj na lekcji przerabiałam z klasą m.in. spojenie łonowe i oczywiście nadmieniłam, że moje jest ogromnie zaburzone. Oczywiście nie całej klasie lecz grupce która siedzi obok mnie, a co sobie dopowiedzieli i ile mieliśmy przy tym śmiechu, zatrzymam dla siebie. :)
Wczoraj zmówiłam sobie pralkę, bo moja mi się zaczęła sypać. Jak byłam w szkole to dostałam sms-a że pralkę, a i owszem przywieźli, ale uszkodzoną. No i jestem zła, bo chciałam sobie postudiować, przetestować, a zabawki nie mama.
Ech, czuję się w niej lepiej jak za młodych lat. Czuję się dostrzegana, mam coś do powiedzenia, po prostu inne podejście nauczycieli powoduje, że chętnie do niej chodzę. Pomimo końcowych egzaminów, które są bardzo stresujące co semestr, to jednak coś mnie tam ciągnie. Może to fantastyczna atmosfera, którą sami tworzymy przecież, a może odskocznia od dorosłości, ale nie żałuję że poszłam kontynuować naukę.
Teraz kończę IV semestr, jeszcze dwa przede mną i matura. Kurcze, nie tak dawno drżałam o to, czy dam radę zdać pierwsze egzaminy, a już za pół roku muszę podejmować ważne decyzje w sprawie matury...
Kolejny weekend w szkole, łącznie 20 godzin i wcale nie uważam tego czasu za zmarnowanego, za odbębnionego. Przecież polski z panią Mirelką jest "poezją" samą w sobie, choć dziś nas zaskoczyła bo szybki test z pozytywizmu niektórych powalił na łopatki hi hi, Matematyka brrr.... Dzisiaj były ciągi. Łatwy temat, wręcz banalny, tylko komu to do szczęścia (czyt. życia) potrzebne, to nie mam pojęcia. Biologia okazała (bo mamy od tego semestru dopiero) się równie ciekawym przedmiotem, bo profesorka ma ogromną wiedzę, którą chce i umie przekazać. Dzisiaj na lekcji przerabiałam z klasą m.in. spojenie łonowe i oczywiście nadmieniłam, że moje jest ogromnie zaburzone. Oczywiście nie całej klasie lecz grupce która siedzi obok mnie, a co sobie dopowiedzieli i ile mieliśmy przy tym śmiechu, zatrzymam dla siebie. :)
Wczoraj zmówiłam sobie pralkę, bo moja mi się zaczęła sypać. Jak byłam w szkole to dostałam sms-a że pralkę, a i owszem przywieźli, ale uszkodzoną. No i jestem zła, bo chciałam sobie postudiować, przetestować, a zabawki nie mama.
Milczenie
Z zasady jestem wielką gaduła, a na blogu cisza jak makiem zasiał.
Czy nie chce w ogóle pisać?
Nie, to nie to!
Ja tylko nie chcę pisać w kółko jednego i tego samego, a do tego cholernie boję się czy do 10 czerwca w ogóle moje biodro wytrzyma, bo proces tak szybko postępuje, że mam wrażenie jakbym się cofnęła do czasu przed operacją.
W sobotę organizowałam chrystusowe urodziny mojego narzeczonego i ledwo dałam radę. Podczas kuchennych przygotowań czasem płakać mi się chciało z bólu. Z pozycji stojącej z wielkim bólem siadałam, by chwilę dać nogom odetchnąć. Niby wszyscy pomagali, ale i tak pewne rzeczy musiałam osobiście dopilnować, zrobić i niestety tu przesadziłam. Po imprezie usiadłam, a mięśnie mnie dosłownie paliły i krzyczały "help". Ból w nodze przed zabiegiem czułam chyba wszędzie, a najbardziej w okolicy krętarza. Do tego pośladek, a szczególnie znajdujący się tam mięsień gruszkowaty (chyba), łydka, udo, no i ten nieszczęsny mięsień czworoboczny lędźwi. Natomiast w drugiej nodze też nie za dobrze się dzieje. Właściwie sprawa dotyczy jedynie mięśni, które muszą sobie radzić z całym ciężarem mego ciała, a do filigranowych nie należę :( Problem wynika m.in. z tego że ta noga od 15 roku życia tj. po operacji osteotomii zawsze była "gorsza", a tym samym wyraźnie ją oszczędzałam.
Zmiany zauważyłam również gdy leżę. Przykurcze pogłębiają się w zastraszającym tempie co uniemożliwia mi spanie na brzuchu. Kolejną widoczną zmianą jest skracanie się kończyny które na tę chwilę jest dostrzegalne gołym okiem bez jakichkolwiek pomiarów.
Ból znacznie ogranicza, a czasem nawet uniemożliwia mi ćwiczenia. Mam trochę żalu do mojego rehabilitanta, że podczas gdy i tak rzadko się spotykamy, bo raz na tydzień, to on potrafi mi jeszcze odmówić wizytę. Nie stać mnie częściej na wizyty ale ten raz na tydzień to już muszę by jakoś "doczłapać" do czerwca, kiedy to mnie mój operator znów naprawi :) Heh mam nadzieję, że ten termin okaże się ostateczny, bo przekładania nie przeżyję.
Ale to nic, bo wiosnę widać na horyzoncie. Piękna pogoda przyczyniła się w tym tygodniu do długich spacerów, które później odczułam, ale co tam. Fajnie wyjść bez tej zbędnej, ciężkiej garderoby, zachwycać się pierwszymi promieniami wiosny, oddychać pełną piersią. Ech życie... Jeszcze żeby nóżka chodziła jak powinna.
Czy nie chce w ogóle pisać?
Nie, to nie to!
Ja tylko nie chcę pisać w kółko jednego i tego samego, a do tego cholernie boję się czy do 10 czerwca w ogóle moje biodro wytrzyma, bo proces tak szybko postępuje, że mam wrażenie jakbym się cofnęła do czasu przed operacją.
W sobotę organizowałam chrystusowe urodziny mojego narzeczonego i ledwo dałam radę. Podczas kuchennych przygotowań czasem płakać mi się chciało z bólu. Z pozycji stojącej z wielkim bólem siadałam, by chwilę dać nogom odetchnąć. Niby wszyscy pomagali, ale i tak pewne rzeczy musiałam osobiście dopilnować, zrobić i niestety tu przesadziłam. Po imprezie usiadłam, a mięśnie mnie dosłownie paliły i krzyczały "help". Ból w nodze przed zabiegiem czułam chyba wszędzie, a najbardziej w okolicy krętarza. Do tego pośladek, a szczególnie znajdujący się tam mięsień gruszkowaty (chyba), łydka, udo, no i ten nieszczęsny mięsień czworoboczny lędźwi. Natomiast w drugiej nodze też nie za dobrze się dzieje. Właściwie sprawa dotyczy jedynie mięśni, które muszą sobie radzić z całym ciężarem mego ciała, a do filigranowych nie należę :( Problem wynika m.in. z tego że ta noga od 15 roku życia tj. po operacji osteotomii zawsze była "gorsza", a tym samym wyraźnie ją oszczędzałam.
Zmiany zauważyłam również gdy leżę. Przykurcze pogłębiają się w zastraszającym tempie co uniemożliwia mi spanie na brzuchu. Kolejną widoczną zmianą jest skracanie się kończyny które na tę chwilę jest dostrzegalne gołym okiem bez jakichkolwiek pomiarów.
Ból znacznie ogranicza, a czasem nawet uniemożliwia mi ćwiczenia. Mam trochę żalu do mojego rehabilitanta, że podczas gdy i tak rzadko się spotykamy, bo raz na tydzień, to on potrafi mi jeszcze odmówić wizytę. Nie stać mnie częściej na wizyty ale ten raz na tydzień to już muszę by jakoś "doczłapać" do czerwca, kiedy to mnie mój operator znów naprawi :) Heh mam nadzieję, że ten termin okaże się ostateczny, bo przekładania nie przeżyję.
Ale to nic, bo wiosnę widać na horyzoncie. Piękna pogoda przyczyniła się w tym tygodniu do długich spacerów, które później odczułam, ale co tam. Fajnie wyjść bez tej zbędnej, ciężkiej garderoby, zachwycać się pierwszymi promieniami wiosny, oddychać pełną piersią. Ech życie... Jeszcze żeby nóżka chodziła jak powinna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


