Jedną z funkcji, jaką pełnię w życiu, to moderowanie Forum BIODERKO. Tyle, że pewnie już o tym wiecie. 
Jednak nie o funkcji jaką sprawuję chciałam pisać, lecz o treści jaką stale wałkujemy. 
Temat, który większość bioderkowiczów nie lubi, a o którym non stop wspominamy, to rehabilitacja. Na szczęście, również jestem zwolennikiem ukierunkowanej rehabilitacji. I to nie dlatego, że nie mam wyboru, tylko, że to naprawdę ma sens. Niestety sama już nie widzę tych maleńkich kroczków, którymi postępuję, ale gdy ludzie, których widuję raz na pół roku, chwalą mnie, to aż serce rośnie. 
Dzisiaj po raz kolejny byłam na rehabilitacji u Krzysztofa w Zabrzu. 
Nasz dialog:
K: Jak się czujesz?
Ja: Wyśmienicie!
K: To dzisiaj poćwiczymy głównie.
No to ćwiczymy...
K: W końcu prosto trzymasz miednicę.
Ja: I tyle lat musiałam ćwiczyć, by to w końcu usłyszeć od Ciebie!? - zszokowana bardziej stwierdziłam, niż zapytałam.
Tak rzadko Krzysiek chwali, że aż naprawdę miło było to usłyszeć. Wycisk był, pot się lał. Wyszłam zmęczona, lecz zadowolona.

 Tym samym udowodniłam, że tylko systematyczną pracą można zdobyć pożądany efekt.
Pracujcie nad sobą. Bez pracy nie ma kołaczy. Czasem powątpiewam, że może być lepiej, że to pewnie już koniec sukcesów. Jednak dla takich chwil śmiem twierdzić, że warto. Naprawdę warto! 

Życzę Wam samych sukcesów :*

Spotkanie po...

Wolna!!!
Właśnie dobiegł końca trzeci pobyt w piekarskiej urazówce na oddziale rehabilitacyjnym. 
Było, muszę to przyznać, konkretnie. Rehabilitant zrobił naprawdę wiele, by mnie zrehabilitować. Dostałam prawdziwy wycisk od niego. Pot lał się strumieniami, ale jestem mu naprawdę wdzięczna. Poświęcił mi wiele godzin uwagi, bym "wyszła na ludzi". Najśmieszniejsze jest to, że naprawdę lubię chodzić. Hm, dziwne!? Oczywiście, najlepiej wychodzi mi to na bieżni. Z-ca ordynatora, pani doktor nie umiała wyjść z podziwu jak idealnie chodzę na bieżni, by chwilę później "krzyczeć" za mną, że chodzę strasznie, gdy się nie pilnuję. No cóż... Taka jest prawda, gdy idę np. po podłodze, a do tego się nie pilnuję, to mój prawidłowy wzorzec pada na łeb, na szyję. Dobrze idę niosąc patyk przed sobą lub tacę z piłeczką, a gdy ręce dam na dół bujam się jak łajba :/ Dodatkowo martwi rehabilitanta mój kręgosłup, bo przez sposób poruszania się, cierpi on w dużej mierze. Na szczęście jak na razie ma się dobrze.
Mięśniówkę ponoć mam dobrą, zakres ruchów również, a do tego każdy element chodu umiem wykonać bez najmniejszego trudu. Problem w tym, że nie umiem tego skleić tak, by powstał z tego idealny chód. Przypomina mi to rysuneczki, których nie umiem wprowadzić w ruch, tak by powstał film. 

Jeszcze przyjdzie  taki dzień, że... Będzie idealnie.

Muszę się pochwalić, że rehabilitant zadając mi pewne ćwiczenie zapytał się jakie mięśnie pracują. Odpowiedziałam, że brzucha. Powiedział, że jestem pierwszą osobą, która poprawnie udzieliła odpowiedzi i, że jest pod wrażeniem jak znam swoje ciało. Później jeszcze zadawał jeszcze kilka razy podobne zagadki i zawsze poprawne odpowiedzi padały z moich ust. Ups, takie są osoby z bioderkowej rodzinki. Mądre i świadome własnego ciała.

W dniu wypisu spotkałam się z moim operatorem dr Michałem Mielnikiem. Był zachwycony tym co osiągnęłam. Ochów i achów z jego ust nie było końca, a ja chłonęłam to jak ciało balsam :) Dodatkowo nie umknęło jego uwadze, że straciłam paręnaście kilo. Kolejna pochwała, a ja rosłam i rosłam.
Tak w ogóle mój doktor został ordynatorem II oddziału Wojewódzkiego Szpitalu Urazowego w Piekarach Śląskich. W ambulatorium będzie przyjmował w poniedziałki, a nie jak do tej pory w piątki. Moja wizyta będzie miała miejsce 17 marca. Wtedy też pewnie zostanie wykonane moim bioderkom zdjęcie rtg. Już 2,5 roku nie miałam robionego zdjęcia, ale to nic. Czuję, że z moim BMHR-kiem i Nanoskiem wszystko w porządku. I tak ma być zawsze. A co najmniej najdłużej jak się da.

Na końcu chciałabym podziękować odwiedzającym mnie znajomym i członkom rodziny. A szczególnie chciałabym podziękować Prezesowi, Michałowi, Mariuszowi, Grażynce, Pani Irenie, Pani Krystynie, oddziałowej pielęgniarkom i wszystkim o których zapomniałam w tej chwili. To dzięki Wam pobyt był znakomity, a popołudnia wypełnione do późnych godzin każdego dnia, nie były dniem świstaka.

Prosto z serca

Moi drodzy!
Jeżeli kiedykolwiek, komukolwiek pomogłam radą, wpisem lub, gdy ktoś darzy mnie po prostu sympatią i wszyscy inni chętni...
Zwracam się do Was z ogromną prośbą.
Od tego roku można przekazać na moją rehabilitację 1% podatku.

JAK PRZEKAZAĆ 1%

Wypełniając zeznanie PIT, podatnik musi obliczyć podatek należny wobec Urzędu Skarbowego.

W rubryce WNIOSEK O PRZEKAZANIE 1% PODATKU NALEŻNEGO NA RZECZ ORGANIZACJI POŻYTKU PUBLICZNEGO (OPP)
Wpisać numer KRS: 0000270809
Obliczyć kwotę 1%
W rubryce INFORMACJE UZUPEŁNIAJĄCE (bardzo ważne!)
Wpisać nazwisko oraz numer członkowski nadany przez Fundację - Kamińska, 2793.

Z góry dziękuję



Można również przekazać darowiznę.

JAK PRZEKAZAĆ DAROWIZNĘ

Należy dokonać przelewu bankowego (może być przelew internetowy) lub wpłaty na poczcie:
nazwa odbiorcy:
Fundacja Avalon - Bezpośrednia Pomoc Niepełnosprawnym, Michała Kajki 80/82 lok. 1, 04-620 Warszawa

numery rachunków odbiorcy:
Rachunek złotowy PLN: 62 1600 1286 0003 0031 8642 6001
Rachunek złotowy PLN: 86 1600 1286 0003 0031 8642 6151 - darowizny w ramach zbiórki publicznej
Rachunek walutowy EUR: IBAN: PL07 1600 1286 0003 0031 8642 6021
Rachunek walutowy USD: IBAN: PL77 1600 1286 0003 0031 8642 6022
Rachunki prowadzone przez: BNP Paribas Bank Polska SA

W tytule wpłaty proszę podać nazwisko i numer członkowski nadany przez Fundację - Kamińska, 2793 (ten dopisek jest bardzo ważny).


Bawmy się aż do rana...

Ból w plecach odpuścił całkowicie.
W końcu!
Tym razem nie koniecznie zadziałała rehabilitacja i plastry którymi okleił mnie Krzysztof. Myślę, że w tym przypadku przyczynił się do tego alkohol. O zgubo! Nie, broń Boże, nie było go w jakiejś zastraszającej ilości, ale było go na tyle wystarczająco, by rozluźnić swoje ciało. Wiem, wiem! Nie jest to idealne rozwiązanie, bo takie rozluźnienie może mieć zgubny wpływ na organizm. I bynajmniej nie chodzi tutaj o skutki uboczne typu kac :) Choć i on mnie w delikatnym stopniu dopadł :(
Bawiłam się w sobotnią noc wyśmienicie. Nogi i biodra nie bolały. Szalałam i wirowałam w rytm piosenek, którą DJ Stefan puszczał ze swojego sprzętu. Ach, jak dawno tak dobrze się nie bawiłam. I to do 3.00 nad ranem.
Bioderka nadal sprawujcie się tak dobrze!!!
Oto kilka dowodów:




Przeznaczone do druku


Kiedyś poproszono mnie bym opisała swoje życie. Tekst ten, pewien znajomy, chciał wstawić na swoją stronę www. Nie wiem dlaczego z mojej strony nie puściłam tego do obiegu, ale z moimi czytelnikami chciałam się podzielić o czym zamierzałam pisać. Nie jest to zakończone, bo brakło mi w pewnym momencie weny twórczej, ale wkrótce na pewno go uzupełnię.



Pamięcią sięgam do dzieciństwa... 
Widzę wyraźny obraz, gdy pokazuję dziadkowi rysunek mojego autorstwa i mówię "dziadek patrz, pif paf". Obrazek przedstawia lalkę z pistoletem. Jestem dumna z tego obrazka. Zawsze bardzo starałam się dobrze malować. Okiem cztero, może pięciolatki, ten rysunek był idealny, dopracowany w każdym calu. Tylko dlaczego narysowałam ten pistolet?

Dzisiaj wiem, że moje dzieciństwo, pomimo, iż bardzo chciałam żyć jak każde zdrowe dziecko, nie należało do zwyczajnych. Nie było w nim rzeczy fantastycznych, lecz było dużo bólu, dużo walki o uwagę i miłość.

Urodziłam się, potocznie mówiąc, ze zwichniętymi biodrami. Rodzice sądzą po dziś dzień, że to wszystko przez źle odebrany poród. Ja teraz wiem, że urodziłam się taka, bo mnie taką stworzyła natura. Dziewczynki bardzo często rodzą się dysplastyczne. Dysplazja w przypadku, gdy nie jest dość wcześnie zdiagnozowana, bądź źle leczona prowadzi do zwyrodnienia stawów biodrowych w późniejszych latach. I ja właśnie miałam takie zwyrodniałe biodra, jak to stwierdził pewien lekarz "pani biodra przypominają stawy sześćdziesięcioletniej kobiety". No cóż, sześćdziesięciu lat wtedy nie miałam, a jednak biodra miałam z bardzo zaawansowanym zwyrodnieniem. Kolejnym moim "fartem" jest, że nie mogłam mieć jak większość chorujących na tę chorobę, jednego dysplastycznego biodra, tylko ja musiałam mieć oba naraz.

Z opowieści:
Kończąc roczek jak każde dziecko, wkroczyłam w etap stawiania pierwszych kroczków. Rodzice zaniepokojeni z mojego kaczkowatego chodu, poszli do lekarza pediatry. Lekarz uspokoił ich, że dzieci tak mają i, że dziecko z tego wyrośnie. Pewnego dnia przyjechała (chyba kuzynka mamy) i zasugerowała, że mogę mieć coś z biodrami. Wtedy zaczęła się tyrada po lekarzach. Wyciągi, gipsy rozwórkowe niestety nie dały pożądanego efektu. W efekcie nie mając pełnych dwóch lat przeszłam swoją pierwszą operację, a potem kolejną na drugie biodro. Praktycznie nic z tego nie pamiętam, a jedynie blizny przypominają mi że takie zdarzenie miało miejsce. Blizny brzydkie, szpecące, jedna wręcz odpychająca. Jest to blizna po zgniliźnie jaka mi się tworzyła pod gipsem z niedoleczonego cięcia pooperacyjnego.
Z tych ciężkich chwil pamiętam jeszcze, gdy mama weszła do mnie do na salę, a ja ją widziałam jak przez mgłę. Tego dnia podali mi złą krew. Gdyby nie mama, dzisiaj na pewno nie opowiedziałabym swojej historii.
Kolejną złą rzeczą w szpitalu było dla mnie zakratowane łóżko, jak w więzieniu. Jaka byłam dumna, gdy w późniejszym czasie dali mi łóżko jak dla dorosłych.
Oprócz złych rzeczy pamiętam tylko jedną dobrą z tamtego okresu, a była nią pielęgniarka Bogusia. Nie wiem jaka była dokładnie, ale jestem pewna, że musiała mieć wiele ciepła w sobie, skoro ją kojarzę jako jedyny pozytywny akcent w tym czasie.
Traumatyczne przeżycia szpitalne dawały mi się bardzo we znaki. Nie pozwoliłam się ubrać w piżamie, a gdy już ktoś próbował mi to zrobić to ze złością rzucałam wszystko co miałam w zasięgu ręki, nawet szklanką.
Siostra mi zazdrościła gipsu ("wariatka"). I pewnego dnia go dostała. Spadła z łóżka i złamała sobie kość obojczykową. Skutki odczuwa po dziś dzień, ale wtedy była szczęśliwa. Mówiła: "Ja też mam ipsiu".
Gdy byłam w gipsie rozwórkowym rodzice sadzali mnie na rogówce, a siostra z reguły miała mnie zabawiać. Podczas jednej z takich zabaw, siostra dała mi bucik z zapałkami, który miał draskę na spodzie. Tak, tak, podpaliłam się, ale na szczęście ucierpiał mój gips i misiu. Nam, na szczęście nic się nie stało. Czasem, gdy nikt mnie nie zabawiał, potrafiłam do przechodzącego ojca powtórzyć słowa mamy: "Boguś, weź te dziecko".
W wielu około czterech lat zakończyłam swą "podróż" po szpitalach. Lekarz mnie prowadzący powiedziała, że teraz jest już dobrze i o ile będę się starała, to będę dobrze chodziła. Rodzice, a w szczególności ojciec strasznie się tego uczepił i gdy tylko źle chodziłam zrzucał to na krab mojego lenistwa. A ja tylko chciałam żyć normalnie, bawić się jak normalne dzieci, gdzie mi w głowie było pilnowanie się. Jak biegłam z dzieciakami to w głowie miałam cel, a nie poprawność chodu. Tylko pod okiem rodziców, gdy mnie upomnieli, szłam poprawnie, ale bardzo mnie to męczyło.
Po okresie szpitalnym zaczął się okres sanatoryjny. Ten okres to kolejny koszmar w którym pielęgniarka wyrwała mi garść włosów, bo przez łaskotki które mam do tej pory na całym ciele, a w szczególności na stopach, nie była w stanie obciąć mi paznokci. Jako dobre elementy wspominam bal karnawałowy, na który poszłam z przepięknie zrobionym z bibuły kwiatkiem na głowie. Nie pamiętam jednak, czy sama go robiłam z gotowych emblematów, czy po prostu je wszyscy dostaliśmy. Gdy przyjechali rodzice, wychodziliśmy razem na spacer po lesie, gdzie przepiękną niebieską barwą witał nas leśny kwiat. Wtedy myślałam, że to był fiołek, ale dzisiaj myślę, że to chyba był barwinek. Oprócz "fiołków" zachwycałam się jeszcze małymi kapliczkami, w których po otwarciu drzwiczek pojawiała się postać Maryi. Kapliczki te choć bardzo kiczowate wtedy wydawały się jedną z nielicznych atrakcji mojego równie kiczowatego życia.

c.d.n.

koncentryka vs. ekscentryka

Czy można żyć tak by zapomnieć całkowicie o protezach?
Jestem pewna, że nie.
Nie chodzi tutaj o typowe bóle biodrowe, bo bioder nie ma, więc nie ma co boleć. Jednakże od czasu do czasu nawiedzają mnie przeróżne bóle: kolan, głowy, pleców, w klatce piersiowej, etc. I to wszystko właśnie jest ściśle związane z tym że moja funkcja chodu jest jeszcze do d@@py. 
Dzisiaj pojechałam na rehabilitację do mojego fizjoterapeuty Krzysztofa Grabarczyka http://www.rehabilitacjazabrze.com.pl/   z bólem pomiędzy łopatkami, który doskwierał mi znacznie. Czasem ciężko było mi zaczerpnąć łyk świeżego powietrza. Oczywiście byłam pewna, że to efekt mojego mało idealnego chodu, co zresztą Krzysztof potwierdził. Praktycznie całe spotkanie poświęcił na usuwanie tego paskudztwa. Ból nie znikł całkowicie, ale na pewno w znacznym stopniu go zminimalizował. Do tego stopnia że pozycja ciała, związana ze sznurowanie butów, w końcu jest bezbolesna. Ponadto okleił mnie taśmami kinesio taping co mam nadzieję że zrówna ból do zera. 

Mięśnie mam tak napięte, że jak to określił fizjoterapeuta, jakbym w kopalni pracowała. Ach ta koncentryka jest nadzwyczajna. Żeby tak pięknie ekscentryka funkcjonowała. 
Dość często łapię się na tym, że mięśnie mam niepotrzebnie napięte. Po co je tak eksploatować? 
Dla przykładu, gdy prowadzę samochód to zamiast tylko stopą pracować (pedał gazu) to mam cały pośladek tak napięty, że muszę się upominać by go rozluźnić. Na pewno ta partia mięśni nie jest potrzebna, by operować pedałem gazu. Zresztą dokładnie tak samo mam gdy stoję. Upominam się, rozluźniam a potem znów dokładnie to samo. I tak samo będzie dopóki mam problemy z chodzeniem i z kompensacjami.

Jakiś czas temu byłam na wizycie kontrolnej w Piekarach Śląskich i jakiś doktor (nie dr Mielnik) stwierdził bez zdjęcia rtg, że jak wszystko jest dobrze to jest dobrze. Ha ha ha GENIUSZ!!!
Szkoda pieniędzy na dojazd, szkoda jego czasu i nie będę wyliczać czego jeszcze szkoda, bo to mógł mi powiedzieć przez telefon. Jedyny plus z tej wizyty jest taki, że wypisał zaświadczenie do ZUS-u o moim stanie w celu przedłużenia renty socjalnej (ZUS przedłużył ją o kolejne dwa lata) oraz wypisał skierowanie na oddział rehabilitacyjny w Piekarach, który to zaszczycę swoją obecnością najprawdopodobniej w listopadzie.

Nowy Rok... Nowe nadzieje... Nowe plany...

Powaliła mnie choroba....
Stale utrzymująca się gorączka, katar, ból głowy ale przede wszystkim koszmarny ból mięśni towarzyszył mi przez ostatni tydzień.
Zaczęło się w niedzielę tj. 30 grudnia. Czułam rosnącą temperaturę, którą potwierdziły koleżanki z pracy. Wzięłam tabletkę na zbicie temperatury i na szczęście zadziałała bo w pracy musiałam zostać do 19.00. 
W sylwestra miałam ranną zmianę. Wstałam, ubrałam się i znów czuję tę paskudną rosnącą temperaturę... Tabletka i tym razem przyniosła ulgę. I dobrze, bo wieczorem szykowało się istne sylwestrowe szaleństwo. Noc sylwestrowa faktycznie okazała się być udana, a choroba jakby o mnie zapomniała. Taniec, szampańskie bąbelki i towarzystwo miały ogromny wpływ na moje dobre samopoczucie tej nocy. Niestety następnego dnia okazało się, że choroba czaiła się za rogiem, by dopaść ze zdwojoną siłą. Przeleżałam cały Nowy Rok w łóżku, a następnego dnia udałam się do lekarza. Antybiotyk i inne leki z dnia na dzień stawiały mnie na nogi, ale wieczorami nadal pojawia się silny ból mięśni od kolan do lędźwiowego odcinka kręgosłupa, z którym nie umiem sobie poradzić. Żadne rozluźnianie, masowanie nie pomaga, więc łykam kolejną tabletkę przeciwbólową i zasypiam. Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Czy to osłabienie? Czy jakieś inne cholerstwo się przykleiło do mnie? Jak nie przejdzie do poniedziałku to znów udam się do lekarza. Choć szkoda, że kolejną wizytę u fizjoterapeuty będę musiała odwołać. 

Koniec roku to swoisty czas zadumy. To wtedy najczęściej myślimy co zrobiliśmy, a czego nie zdążyliśmy jeszcze dokonać. Co udało nam się osiągnąć, a co musieliśmy przełożyć na kolejny rok. Mnie również dopadły tego typu rozważania i.... Rok 2012 uważałam za cholernie udany na tle poprzednich lat. Niestety nowy rok jakoś fatalnie się zaczął.  Już przyniósł pierwszą kłodę z którą moja rodzina musi sobie poradzić. Nie poddamy się. W rodzinie siła :) Choć szkoda mi odwołanego wyjazdu w sierpniu na Chorwację. To miały być nasze pierwsze, wspólne, zagraniczne wakacje. No cóż będą kolejne :(

Moi drodzy czytelnicy...
W Nowym 2013 Roku  życzę Wam spełnienia najśmielszych planów, marzeń, celów. Miłości, dobroci i radości w serduchach oraz wile odwagi by realizować swoje pasje :)